Pięć kroków i cztery kroki
O tym, czemu nauczyciel nie musi być showmanem
Poprosiłam dziś dwoje uczniów, żeby zmierzyli krokami odległość od mojego biurka do ławki koleżanki. Jednemu wyszło pięć kroków, drugiej osobie cztery. W klasie zrobiło się lekkie zamieszanie, kilkanaście głów od razu zaczęło się nad tym zastanawiać.
Zapytałam: „To jaką długość ma ten odcinek? Czy kroki to uniwersalna jednostka? Co dobrze byłoby zrobić?“. I już poszło. Niczego nie tłumaczyłam. Uczniowie sami doszli do tego, że potrzebna jest miara jednakowa dla wszystkich, a centymetr, metr i kilometr pojawił się dopiero wtedy, gdy był do czegoś potrzebny.
Tego samego dnia rano trafiłam na kartę pracy do druku. Cała strona z jednym poleceniem: rozłóż na czynniki pierwsze poniższe liczby. Pobrań były setki.
Co zostaje w głowie po kartce?
Taka karta nikomu nie szkodzi, a jednak nie dawała mi spokoju. Uczeń dostaje gotową liczbę i gotowe miejsce przy kresce, więc nie musi nawet myśleć o tym, w jaki sposób należy to zapisać. Nauczyciel traci czas na pobranie, wydruk i skopiowanie. Przy jednej lekcji to drobiazg, ale kto drukuje tak na każdą, ma z tego tydzień pracy, a pytanie o sens ćwiczenia nadal nie ma odpowiedzi.
W tym samym dniu w sieci krążyło hasło, że nauczyciel nie musi być showmanem, animatorem ani dostarczycielem atrakcji. Zgadzam się z nim w pełni. Przeczytałam komentarze pod postem i zobaczyłam, że każdy rozumie „showmana“ po swojemu. Jedni myślą o nauczycielach, którzy „staną na uszach“ kosztem własnego czasu, odpoczynku i pieniędzy. Inni o szkole zamienionej w dom kultury, w którym nagradza się cuda-wianki. Ktoś pisze, przekornie, że brak zdjęć z lekcji na Facebooku oznacza dziś, że nic się nie robi. Są też głosy tęskniące za czytaniem po linijce i wyrywkowym sprawdzaniem zeszytów.
Co właściwie wrzucamy do jednego worka?
Do tego worka wpada dziś kilka różnych rzeczy. Są atrakcje dla samych atrakcji, czyli lekcja, która ma być efektowna i niekoniecznie czegoś uczy. Są gotowe materiały, które odbierają uczniowi to, co w ćwiczeniu najcenniejsze. I jest dzielenie się pomysłem na lekcję, które dawniej nazywaliśmy wymianą dobrych praktyk. Tego ostatniego nie chcę traktować jako „celebryctwa“. Nauczyciel, który opowiada koleżankom i kolegom, że zapytał dzieci o jednostkę, a lekcja potoczyła się sama, wykonuje po prostu swój zawód, tak jak robiliśmy to zawsze. Sama publikuję materiały i sama muszę co jakiś czas zadawać sobie to pytanie.
Za czytaniem po linijce też nie tęsknię. Chcę, żeby lekcja miała sens, a to, czy odbywa się z kredą, czy z tablicą interaktywną, jest dla mnie sprawą drugorzędną.
Czy pasja potrzebuje rekwizytów?
Nauczyciel z pasją to dla mnie ktoś, kto potrafi zaczarować uczniów słowem. Pytaniem na otwarcie albo ciszą, w której dzieci same zauważają, że coś się nie zgadza. Nie potrzebuje do tego kolorowych materiałów ani wieczoru przygotowań, bo ma biurko, ławkę, jak w tym przypadku – dwoje uczniów i ich kroki. Ta lekcja nie kosztowała mnie ani wieczoru, ani złotówki i to dla mnie ważny argument w sporze o „cyrk”.
Drugie ćwiczenie, które zastosowałam na lekcji było podobne. Poprosiłam dzieci, żeby narysowały na białej kartce, bez linijki, odcinek 3 cm i odcinek 1 dm. Chciałam zobaczyć, czy mamy jakąkolwiek orientację w długości. Kilkoro uczniów okazało się mieć „linijkę w oku“. Najtrudniejszy był decymetr, i dzieci same powiedziały dlaczego: to jednostka, którą najrzadziej spotyka się na co dzień. Tego wyjaśnienia nie musiałam im podawać.
Nie da się tak uczyć wszystkiego. Takie lekcje potrzebują czasu i rozmowy, a czasem po prostu nie wychodzą. Sama też sięgam po karty pracy, na przykład gdy zrobiliśmy już sporo i przydaje się urozmaicenie albo dodatkowe przykłady w innej, nietypowej formie, albo gdy uznaję, że uczniowie nie muszą przepisywać poleceń do zeszytu. Karta użyta we właściwym momencie jest w porządku. Liczy się to, czy ktoś zadał sobie pytanie, po co uczeń ma to zrobić.
Czy nam też przydaje się krytyczne myślenie?
Uczymy dzieci odróżniać fakty od opinii i sprawdzać, skąd pochodzi informacja. Dobrze byłoby zastosować to także do własnych wyborów. Łatwo pobrać coś tylko dlatego, że leży pod ręką, ładnie wygląda i ma setki pobrań. Mnie też się to zdarzyło. Jeśli widoczność mierzy się dziś zdjęciami z lekcji, trudno zapytać, co z tej lekcji zostało w uczniu, bo takiego zdjęcia nie zrobimy.
Wracam więc do kartki z czynnikami pierwszymi. Zastanawiam się, co z niej zostanie w głowie ucznia za tydzień. Zanim sięgniemy po kolejną stronę do druku, zapytajmy tak, jak w mojej klasie, gdy wyszło pięć i cztery kroki: to jaką długość ma ten odcinek?
Ale może się mylę… tak też przecież może być. 😉


Dodaj komentarz