Czy da się uczyć bez kar? Kilka przemyśleń przed początkiem roku szkolnego.

Czy da się uczyć bez kar?

Druga połowa lipca. Dostaję wiadomość od pewnej nauczycielki, która właśnie skończyła swój pierwszy rok pracy. Zadaje pytanie, które w gruncie rzeczy nosi w sobie każdy początkujący nauczyciel: jak reagować, jak karać, jakie techniki wprowadzać?

Czytam to zdanie kilka razy. I zauważam, że najbardziej zatrzymuje mnie w nim jedno słowo. Karać.

Skąd bierze się to pytanie?

Nietrudno się domyślić. Pierwszy rok pracy to najczęściej rok chaosu kontrolowanego siłą woli. Uczniowie sprawdzają granice, bo tak działają grupy — nie ze złośliwości, tylko dlatego, że granice trzeba poznać, żeby w nich funkcjonować. Młody nauczyciel, niepewny jeszcze własnego autorytetu, szuka więc narzędzia. Czegoś, co zadziała od razu, najlepiej w każdej klasie, najlepiej niezawodnie. Kara wydaje się takim narzędziem — prostym, mierzalnym, znanym z własnego dzieciństwa szkolnego.

Ja też kiedyś tak myślałam. Pamiętam swoje pierwsze lata, kiedy każdą pierwszą lekcję zaczynałam od czytania PSO — punkt po punkcie, zasada po zasadzie — jakby samo wyliczenie konsekwencji miało zbudować porządek. Uczniowie siedzieli i się nudzili. Ja czułam się bezpiecznie, bo miałam w ręku dokument. Oni nie czuli nic — bo dokument nie buduje relacji.

Co się dzieje, kiedy karzemy

Problem z karaniem nie polega na tym, że jest nieskuteczne od razu. Często działa — na chwilę. Uczeń przestaje rozmawiać, bo boi się konsekwencji. Klasa cichnie, bo nikt nie chce być kolejnym przykładem. Tylko że to posłuszeństwo zbudowane na strachu ma krótki termin ważności i wysoką cenę: uczy unikania kary, nie uczy odpowiedzialności. Uczeń, który milczy, bo się boi, niekoniecznie zrozumiał, dlaczego milczenie było ważne.

Zupełnie inaczej wygląda to, kiedy działanie staje się konsekwencją naturalną, a nie karą nałożoną z zewnątrz. To rozróżnienie brzmi może subtelnie, ale w praktyce zmienia wszystko. Kara mówi: zrobiłeś coś złego, więc ja ci coś zrobię. Konsekwencja mówi: to, co zrobiłeś, ma swój skutek — i ten skutek dotyczy ciebie, nie mnie.

Uczeń, który miał mi pomóc

Kilka lat temu zostawiłam po lekcji chłopaka, który od tygodni siedział z boku — nie notował, nie odzywał się, nie reagował na pytania. Mogłam zacząć od uwagi, od wpisu, od rozmowy z rodzicem. Zamiast tego powiedziałam mu, że potrzebuję jego pomocy. Że mam w klasie ucznia, który się wyłącza z lekcji, i nie wiem, co mogłabym zrobić, żeby mu pomóc.

Był na tyle bystry, że natychmiast wiedział, o kogo chodzi. Ale zamiast się bronić, zaczął mówić. O tym, że nie nadąża. Że boi się pytać, bo inni już wszystko wiedzą. Że łatwiej jest nic nie robić, niż zrobić źle na oczach klasy. W ciągu piętnastu minut dowiedziałam się więcej o przyczynie jego zachowania, niż dowiedziałabym się z dziesięciu uwag w dzienniku.

To doświadczenie nauczyło mnie czegoś, co później wracało wielokrotnie: bierność na lekcji rzadko jest buntem. Częściej jest obroną. Strachem. Czasem zwykłą obojętnością, za którą też coś stoi. Kara odpowiada na widoczne zachowanie. Rozmowa odpowiada na jego przyczynę.

Autonomia zamiast kontroli

Z czasem przestawiłam swoją pracę na inne założenie: to, co dzieje się na lekcji i po niej, jest w rękach ucznia, nie moich. Ja mogę wskazywać drogę — tłumaczyć, wspierać, dawać informację zwrotną — ale to on musi nią przejść własnymi nogami. Każde działanie, dobre i złe, ma swoją konsekwencję. Nie dla mnie. Dla niego.

To podejście jest, jak sama to sobie kiedyś nazwałam, uwalniające. Zdejmuje z nauczyciela ciężar, który i tak nie powinien do niego należeć. Bo presja, żeby cała klasa zdała, żeby nikt nie dostał jedynki, żeby wszystko zawsze grało — ta presja bardzo często nie jest naszą presją. Jest przeniesionym oczekiwaniem rodziców albo dyrekcji, które nauczyciel przyjmuje na siebie, jakby to on miał odpowiadać za cudzy wybór. Jeśli mam czyste sumienie, że zrobiłam to, co mogłam i powinnam — nie muszę brać na siebie więcej.

Więc jak reagować?

Wracam do pytania, od którego zaczęłam. Nie mam gotowego zestawu technik dyscyplinujących, bo z czasem przestałam ich szukać. Zamiast tego zaczynam każdy wrzesień od czegoś innego — od poznania klasy. Od pytania, czego uczniowie oczekują, czego się boją, co dla nich byłoby sprawiedliwe. Czasem wspólnie ustalamy zasady — nie te narzucone przez wewnątrzszkolny system, bo tych zmienić nie można, ale te, na które mamy wpływ: jak wybieramy kogoś do odpowiedzi, czy zapowiadamy kartkówki, co się dzieje, kiedy ktoś nie jest gotowy. Kiedy zasada jest wspólna, łatwiej się do niej odwołać — nie jako do mojej władzy, tylko jako do naszej umowy.

Nie każda klasa i nie każda sytuacja da się rozwiązać rozmową. Bywają momenty, w których trzeba zareagować szybko i stanowczo. Ale jeśli reakcja ma być tylko karą, a nie prowadzić do zrozumienia — to prawdopodobnie zadziała raz. A ja wolę uczyć czegoś, co zadziała dłużej niż jedna lekcja.

Komentarze

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z MatEduAkcja

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej